sobota, 18 czerwca 2016

Dlaczego przyjechałam do UK

"Muszę wrócić do Azji, MUSZĘ!" - z taką myślą szukałam zawzięcie pracy granicą. Oczywiście przez internet, bo jakżeby inaczej? Plan - wyjechać gdzieś na jeden rok, najlepiej jakiegoś bogatego kraju europejskiego, zarobić na dalszą naukę na wschodzie. Kasa i zagraniczny experience, innymi słowy dwie pieczenie na jednym ogniu.

Tak znalazłam Henley. Miasteczko nad Tamizą, według najnowszego spisu liczące szesnaście tysięcy mieszkańców - czyli klasyczne el zadupię. Bar Pod Kotwicą, landlordowi spodobało się moje CV i to, że umiem cośtam po chińsku. Dostałam ofertę mieszkania i jedzenia za darmo, czyli praca typowo live-in, do tego stawka godzinowa w porównaniu do polskiego rynku bardzo atrakcyjna (tutaj szybkie pozdro dla obecnego rządu, dzięki któremu znacząco osłabiła nam się pozycja polskiej waluty!). Spakowałam się, pojechałam, przyjechałam - i tak oto jestem w Henley.

Praca na barze jest niby banalna, ale wiąże się z wieloma różnymi emocjami. Przede wszystkim, jest to praca high pace, czyli niekiedy pracujesz niemal jak robot (prawdziwe zwłaszcza w trakcie weekendu). W spokojniejsze dni masz czas rozmyślać nad swoim życiem, polerując kieliszki do wina i wyglądając przy tym cool, chyba że akurat zagadał cię jeden z klientów. A dzieje się to nagminnie! Ludzie są generalnie ciekawi, skąd jesteś i co robisz w Henley. Od bardzo wielu osób dowiedziałam się, że mam francuski akcent (nie) i ogólnie prezentuję się na Francuzkę (2x nie), co osiągnęło szczyt w momencie, kiedy pewnego dnia podchodzący pod sześćdziesiątkę staruszek zawołał do mnie jakimś kompletnie niezrozumiałym zdaniem, co potem okazało się być próbą zamówienia w języku francuskim kieliszka Sauvignon blanc.

Z kolei innego dnia zostałam posądzona o kryminał, kiedy klientka siedząca samotnie naprzeciwko baru przywołała mnie palcem. Podeszłam zatem tylko po to, żeby dostać długi wykład na temat zasad zatrudniania osób niepełnoletnich w Wielkiej Brytanii, co zostało skwitowane poważnym pytaniem "ile masz lat?". Naturalnie, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dwadzieścia. "Och, mój Boże! A wyglądasz na piętnaście...".

Także tego, klienci są zabawni, zwłaszcza ci regularni. Są to głównie mężczyźni, tacy typowi Janusze, którzy przychodzą po pracy zawsze do tego samego baru, żeby zamówić dokładnie tego samego drinka. Przykładem niech będzie Leon - chłopak Pauliny, jednej z tutejszych barmanek. Paulina jest Polką i pracuje dorywczo raz w tygodniu. Jest jeszcze jedna dziewczyna z Polski, Justyna - head waitress i head barmaid, czyli generalnie szefowa nas wszystkich. Jest jednak bardzo miła i pomocna, powiedziałabym nawet, że mega słodka i urocza. Dosłownie nigdy nie widziałam, żeby była o coś zła albo zrobiła niezadowoloną minę, a jestem tu już od dwóch tygodni. Poza nią jest jeszcze Veronica, Czeszka, Hayley, typowa Brytyjka, oraz Mrs B - matka mojego landlorda, pomagająca od czasu do czasu w barze i podglądająca, czy poprawnie wykonujemy swoje obowiązki.

Z chłopakami jest bardzo fajna sprawa, bo są w moim wieku. Ben i Cameron, obydwoje Anglicy, obydwoje part-timerzy, ale widzę ich niemal codziennie. Cameron to straszny introwertyk i czasem naprawdę ciężko zmusić go do rozmowy, mimo że jest uroczy i bardzo dobrze wychowany i błyskotliwy, z kolei Ben uwielbia być w centrum uwagi i zawsze ma jakieś zwalone pomysły, krótko mówiąc - nie da się z nim nudzić. Na kuchni pracuje wspaniały kucharz, Jonathan. Spędził piętnaście lat we Francji i bardzo poważnie potraktował mój weganizm! Tak, to on dla mnie gotuje każdego dnia, a pomaga mu Bart, zangielszczony chłopak z Polski, dwa lata starszy ode mnie, mieszka tu od dziecka.

Oto moja załoga. Dużo Polaków, nie sądzicie? A raczej dużo osób z Europy Wschodniej. Powiedziano mi, że zajęłam miejsce Violetty, dziewczyny z Litwy, która popracowała tu miesiąc, po czym stwierdziła, że życie jest zbyt krótkie, by je marnować na barze w takiej dziurze jak Henley (czyli rzuciła pracę, bo była leniwa i nic jej się nie chciało).

Mam nadzieję, ze tak się jednak ze mną nie stanie! Henley jest super, bardzo mi się tu podoba i planuję tu zostać około dziewięciu miesięcy.

W następnej notce opiszę swoją przygodę w Slough i wyjaśnię, czym jest national insurance number, którego potrzebuje każdy, kto chce się podjąć pracy w Wielkiej Brytanii.

Dziękuję, że jesteście ze mną :)
Aleksandra Ziemniewska

6 komentarzy:

  1. To czysta przyjemność czytać każdy twój wpis :), czekam na więcej i powodzenia w dalszym, pracowitym życiu w Henley :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bardzo mnie cieszy, że pojawiają się coraz to nowe osoby zainteresowane moimi przygodami :) Zachęcam do obserwowania, nowa notka już wkrótce.
      ~Aleksandra Ziemniewska

      Usuń
    2. właściwie to nie jestem taka nowa na Twoim blogu, podczas gdy Ty byłaś sobie na Tajwanie, ja regularnie czytywałam Twoje posty, po prostu ich nie komentowałam, ale czas by wyjść z ukrycia!

      Usuń
    3. Lepiej późno niż wcale! No i, oczywiście, tym bardziej mi miło :)
      ~Aleksandra

      Usuń
  2. Ciekawie opisujesz swoje wrażenia. Czekam z niecierpliwością na kolejne notki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i zapraszam! :) Jedna z najbliższych notek będzie w "stylu książkowym", tak jak moje pierwsze wpisy :) Opiszę trochę to, jak wygląda praca na barze "od wewnątrz".
      ~Aleksandra

      Usuń