niedziela, 9 listopada 2014

Kilka słów wyjaśnień

Nie pisałam tu od tak dawna. Zastanawiam się, kiedy i czy w ogóle wrócę do pisania. Miałam tak wiele do powiedzenia. Kilka notek mam wciąż nieukończonych, między innymi o popularnych fryzurach wśród tajwańskich nastolatków i o dziadkach Japończykach. To pewnie lenistwo, nie powiem, że nie, ale też faktem jest, że pisanie o sprawach z mojego "drugiego życia" jest dosyć bolesne. Za każdym razem, jak otwieram bloga, serce mi zamiera, bo opuściłam Tajwan i trochę to tak, jakbym opuściła dom.

Przepraszam moich czytelników za taki kawał czasu, kiedy się po prostu nie odzywałam. Na chwilę obecną jestem zmuszona zawiesić bloga; powrót do polskiej rzeczywistości chyba nie wychodzi mi na dobre. Przyznam, że ostatnio borykam się z hipochondrią, może nawet lekką depresją, jako że przechodzę przez pewien skomplikowany proces, który osobiście nazywam szokiem kulturowym spowodowanym powrotem do ojczyzny.

Nie chcę jednak mówić, że to koniec! Bloga kiedyś reaktywuję, jestem tego pewna, jednak na chwilę obecną muszę się skupić na sobie i swoim polskim życiu, a nie życiu tajwańskim.

Dziękuję za to, że byliście i jesteście ze mną.
Aleksandra

sobota, 30 sierpnia 2014

Moje życie w pigułce - filmiki!

Witajcie.

Od niemal dwóch mięsięcy jestem w Polsce. Tego się absolutnie nie da opisać, jak obecnie się czuję. Obawiam się, że przechodzę szok kulturowy spowodowany powrotem do ojczyzny (!). Azja a Europa to jakby dwa różne światy. Osobną kwestią jest to, że moi przyjaciele mieszkają tak daleko ode mnie~

No, ale ten post nie powstał, abym się Wam żaliła. Co miałam na celu to podsumować cały ten spędzony w Tajwanie rok za pomocą~ nagranych spontanicznie filmików. Niektóre są zabawne, niektóre całkiem głupkowate - myślę, że dostarczą Wam rozrywki na te kilka minut ;D

Zacznijmy.

Zaraz po przyjechaniu na Tajwan chodziłam jak w amoku, wydawało mi się to wszystko strasznie nierealne. Potem poszłam do szkoły i dopiero wówczas uświadomiłam sobie "matko, jestem w Azji!".

I tak minął miesiąc, ja powoli przyzwyczajałam się do otaczającej mnie azjatyckiej rzeczywistości. Dobrze wspominam pierwszą wycieczkę z Rotary, bawiliśmy się świetnie, w ciągu tych dwóch dni poznałam także Anakaylę i Carinę, moje przyszłe przyjaciółki z USA. Ja i Naoki spotkaliśmy się dużo wcześniej, ale jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy wszędzie łazić właśnie z dwiema paniami z Ameryki. Piękne czasy. Pod spodem wideo z Naokim szpanującym swoim talentem wokalnym, który całkowicie przypadkiem odkryliśmy w autokarze podczas małej sesji karaoke:

video


No ale nie zapominajmy o szkole. Z początkiem września byłam zobowiązana uczęszczać nie tylko do mojego liceum tj. Zhongzheng Gaozhong, ale również do Tamkang University, gdzie wraz z innymi wymieńcami uczyliśmy się języka chińskiego. Jako że byłam na poziomie, hmm, zerowym, umieszczono mnie w grupie nowicjuszy - A1. No ale Aleksandra jest ambitna i chińskiego starała się używać jak najwięcej, nawet podczas wygłupów ze znajomymi:

video


BTW, Rotary w Tajpej odwaliło kawał naprawdę dobrej roboty. Ciągle organizowano nam coś, czy to wycieczki, czy tak zwane culture classes, podczas których mieliśmy uczyć się kultury chińskiej. Jeden wypad polegał na pójściu do teatru i obejrzeniu tańców lwów. Oczywiście bez pradziwych lwów, chodzi tu o tradycję i dobrą zabawę ;)

video


Miesiące mijały i w końcu musiałam po raz pierwszy zmienić host rodzinę. Tu zaczęły się schodki. O ile Hunter i Reina nie tylko mówili biegle po angielsku, ale także wykazywali się anielską cierpliwością, doskonale wiedząc, czego się spodziewać po obcokrajowcu (oboje mieszkali po kilka lat w USA), o tyle po przeprowadzce doznałam szoku. Druga host rodzina składała się z mamy, taty i host brata, który niestety od dawna był już pełnoletni i nawet z nami nie mieszkał. Tata okazał się być lekarzem i lekkim pedantem, miał dosłownie zboczenie na punkcie czystości, kazał mi brać prysznic po dwa razy dziennie (zaraz po powrocie do domu, "bo zarazki", i wieczorem, "bo nie można chodzić brudnym do łóżka"). Mama to Japonka nie mówiąca nic a nic po angielsku, z którą spędzałam godziny przeglądając jej rodzinne albumy ze zdjęciami. Nie mam pojęcia, jakim cudem przetrwałam z nimi aż trzy miesiące. Nie byli źli, ale trochę straszne było to, że AUTENTYCZNIE NIE MÓWILI PO ANGIELSKU. Szybko się okazało, że tata tylko potrafi dukać podstawowe zwroty typu "nazywam się tak i tak, mieszkam tu i tu". Ale, co jeszcze dziwnejsze, szybko przestawilam się myślenie w języku chińskim. Jeżeli na przykład nie znałam słówka "piekarnik", to w zamian starałam się używać innych słów na jego opis w taki sposób, aby uniknąć użycia tego słowa. Koniec końców, cieszę się, że spędziłam z nimi tyle czasu, nauczyli mnie bardzo wiele i przygotowali do najgorszego - trzeciej host rodziny (ale to może zostawię sobie na inną okazję).

W święto Halloween zostaliśmy zaproszeni z Naokim na spotkanie naszego klubu, które odbyło się w wypasionym hotelu i było o tyle zabawne, że przygotowano różne atrakcje, między innymi pokazy taneczne.

Ja uparcie trzymałam się ćwiczenia języka chińskiego:

video


A co do owych tańców:

video


Imprezę Aleksandra uważała za udaną. W roku 2013 zdarzyło się jeszcze wiele innych zabawnych rzeczy, w pewnym momencie wymyśliłam nawet sobie, że ponagrywam swoich znajomych, jak próbują z różnych skutkiem wymówić moje nazwisko. Niektórzy (np. Anakayla) uznali to za powód do śmiechu, innych (choćby Kena) chyba trochę to drażniło ;D

video


Nadszedł okres świąt. Niestety, był to czas, kiedy doznałam pierwszych objawów homesick - chorobliwej tęsknoty za domem. W Tajwanie, jak zapewne w całej reszcie Azji, polegają one na tym, że w hipermarketach wystawia sie olbrzymie choinki, a w radiu lecą świąteczne piosenki. Tyle. Przeciętny Europejczyk by się załamał. Dlatego, co by umilić nam czas, nasza kochana nauczycielkaze szkoły językowej zorganizowała nam świąteczną lekcję, podczas której uczyliśmy się między innymi świątecznych piosenek po chińsku :) Byłam już wówczas w klasie A4, najbardziej zaawansowanej grupie. Cóż, używanie chińskiego na każdym kroku i maltretowanie innych wymienców ostatecznie się odpłaciło.

video


Kolejna wycieczka z Rotarianami oraz wymieńcami to jednodniowy wypad na rowery do obcego miasta, w krakcie którego dowiadujemy się, w jaki sposób żyli tubylcy, zanim rozwinęłą się bardziej zmodernizowana cywilizacja. Największą frajdę sprawiły nam natomiast właśnie rowery. Pod spodem dodaję filmik, który został nakręcony dosyć spontanicznie, proszę nie zwracać uwagi na przekleństwa :P

video


Podczas Chińskiego Nowego Roku Tata Doctor i Mama Japonka zabrali mnie do rodziców mamy na cztery dni do Taizhong (台中). Babcia była emerytowaną nauczycielką języka chińskiego, a dziadek angielskiego. Babcia grała na pianinie i uczyła mnie popularnych japońskich piosenek (do tej pory pamętam jedną pod tytułęm Hana wa saku!), z dziadkiem wieczorami graliśmy sobie w majianga. W dzień trzeci wybraliśmy się wspólnie na hanami, czyli wspólny piknik do typowego japońskiego ogrodu, gdzie wspólnie obserwowaliśmy kwitnące wówczas drzewa wiśni, podziwiając istotę przemijającego piękna.

video


Pozwolę sobie tutaj opowiedzieć anegdotkę. Otóż dziadek, mimo naprawdę dobrej znajomości angielskiego, zdawał się nie rozumieć, że nie pochodzę ze Stanów Zjednoczonych. Ile razy by się mu nie tłumaczyło, w kilku językach, że jestem Polką, on zawsze i tak nazywał mnie Amerykanką, co było oczywiście dla mnie zabawne. Raz odebrał telefon od jakiegoś swojego znajomego i, rzecz jasna, musiał się pochwalić, że mieszka przez kilka dni pod jednym dachem z mieszkańcem Ju Łes Ej. Host mama zaczęła robić komentarze, że obcokrajowcem to ja jestem, ale nie amerykańskim, na co dziadek się poprawił: "No dobrze, nie Amerykanka, ale no wiesz, biała!". :'D

Tutaj wyjątkowo dodam coś, co nie jest filmikiem, a zdjęciami:




Są to smocze wąsy, typ chińskiego ciastka. Na zdjęciach widnieje proces ich przygotoywania. Dziadkowie zdają się być identyczni na cąłym świecie, toteż bez przerwy kupowali mi jedzenie i pytali, czy aby nie jestem przypadkiem głodna, to tak na marginesie.

Wakacje u dziadków się skończyły i czekała mnie następnie wycieczka z moim Klubem Rotary i Augustą, Lisą i Naokim do, o ironio, ponownie Taizhong! Ale spokojnie, na szczęście udawaliśmy się w miejsca inne niż ja z dziadkami, więc powiedzmy, że nie żałuję. O wyjeździe tym zrobię ogólnie osobną notkę, więc w tej chwili daruję sobie szczegóły. Powiem tylko, że był to najlepszy wyjazd w moim życiu, czekała nas między innymi wizyta w domu mistrza kaligrafii oraz tradycyjne chińskie wróżby - wbrew pozorom, nie te z ciasteczek!

Pod spodem małe zapowiedzi:

video

video


A tutaj kolejne moje podejście do nagrywania wymieńcow. Za temat przewodni obrałam sobie "łamańce językowe". Filmik ekstremalnie krótki, ale dosyć wymowny. Najwyraźniej nie tylko polski jest taki trudny, jak nam się zdaje ;)

video


Byłabym zapomniała! Dosyć ważnym wydarzeniem był festiwal obcych krajów przygotowany przez samych wymieńców. Niestety, tego dnia nie czułam się najlepiej i musiałam szybko się zwinąć do domu, ale udało mi się porobić trochę zdjęć i nakręcić kilka filmików. Oto jeden z nich, a w głównej roli - Naoki:

video


Kolejna wycieczka z Rotary jest wspominana przeze mnie bardzo dobrze. Nadchodzi kwiecień, a więc koniec wymiany jest tuż-tuż. W trakcie tripa podsumowującego cały nasz pobyt oglądaliśmy piękny ogród botaniczny wypełniony endemicznymi gatunkami motyli, jak i także mieliśmy zajęcia, które ciężko mi jest nazwać~ Integracyjne? Po prawie całym roku spedzonym razem? Cóż, w każdym razie wszyscy płakali, ja też płakałam. Świadomość, że za półtora miesiąca trzeba opuscić przyjaciół i wracać do kraju jest przytłączająca. Ale żeby nei było tak smutno, dodają zabawny filmik, gdzie Merlin prezentuje swój eksperyment:

video


Pod koniec kwietnia czekał nas konkurs na przemowę po chińsku, która miała zwieńczać całoroczny kurs tego języka. Trafił mi się temat "Moje doświadczenie z językiem chińskim". Strasznie się stresowałam i nie wypadłam do końca tak, jak chciałam, ale i tak jestem z siebie dumna :)

video
 

Przyszedł czerwiec i tym samym koniec roku szkolnego. Za kilkanaście dni był mój czas powrotu do kraju. Mimo ponurej aury, która bez wątpienia roztaczałam, pożegnanie nauczycielki, naszej kochanej Elly Chen, było dosyć radosne. Przygotowaliśmy dla niej wyjątkowy prezent.

video


Nadszedł starszny dzień trzeci lipca. Datę tę zapamiętam do końca życia. Oto moment, w którym musiałam opuścić swoją drugą ojczyznę. Mam nadzieję jeszcze kiedyś do niej wrócić. A raczej wiem, że tak się stanie.
Pozostańcie ze mną.

Pozdrawiam,
Xin-Yan He

wtorek, 1 lipca 2014

Tajpej: Barbie Cafe

Witajcie!

W dzisiejszej notce zapraszam Was do różowego królestwa, albowiem kilka dni temu, pomiędzy stacjami metra Zhongxiao Xinsheng i Zhongxiao Dunhua, udało mi się odnaleźć miejsce o wdzięcznej nazwie Barbie Cafe. Stwierdziwszy, iż jest to destynacja, do której nieświadomie całe życie ciągnęło mnie moje serce, zdecydowałam się wyruszyć na jej podbój wraz z dwoma przyjaciółmi - Tajwanką Jessicą oraz Paragwajczykiem Manuelem.

Odnaleźć kawiarenkę jest bardzo łatwo, wystarczy po prostu wyjść ze stacji Zhongxiao Xinsheng i iść prosto w kierunku Zhongxiao Dunhua, dopóki oczom naszym nie ukażą się pierwsze światła LED:



Fotka oczywiście być musi.

Kawiarenka znajduje się na drugim piętrze. No dobra, wchodzimy na górę. Ach, ta ekscytacja!


Po chwili znajdujemy się wewnątrz. Manuel traci głos, najwyraźniej przytłoczony nadmiarem różu; w lokalu, poza kelnerami przebranymi na kształt Kena, jest on jedynym facetem.



Tak wygląda kasa. Na wstępie zostajemy poinformowani, że płaci się po posiłku, przy czym do ceny należy doliczyć dziesięć procent napiwku. No niech im tam będzie.

Rozsiadamy się wychodnie, w ręce nasze wpadają karty dań (jest i po angielsku!) i po chwili już każdy z nas na coś się decyduje. Osobiście mam wielką ochotę spróbować risotto z trufli; cena straszna dla mojego serduszka, bo aż 400 NTD, czyli około 40 zł, no ale jeden luksusowy posiłek w roku nikogo chyba jeszcze nie zabił. Wołamy piękną kelnerkę, składamy zamówienie~ i wtedy okazuje się, że nie mogą go zrealizować, bo wybraliśmy rzeczy ze strony obiadowej, a tu już druga po południu. Kto normalny je obiad o drugiej popołudniu? Och, ten Tajwan~ zawsze mu się spieszy z jedzeniem~ Trudno. Zamiast tego postanawiam wziąć frytki serowe za 200 NTD z działu przekąsek oraz tiramisu za 120 NTD z deserów. Jesse poprzestaje jedynie na frytkach, Manueal zaś bierze Ciasto Barbie oraz cappucino.


Zamówienie dociera po  pięciu minutach.


Moje tiramisu <3 W chwilach takich jak ta jem najpierw oczami. Deser naprawdę smaczny, nie żałuję ani jednego wydanego dolara. Niestety, z tej ekscytacji zapomniałam cyknąć fotę frytkom;musicie uwierzyć mi na słowo, że była to naprawdę gigantyczną porcją, nie byłam w stanie nic zjeść do końca dnia.



Zamówienie Manuela.

Bo tak w ogóle bar prezentuje się tak:

 



"Herbaty z mlekiem, ma pani?"


Po posiłku przychodzi oczywiście pora na małą sesję.




Asian style photo.






Jak iść na całość, to iść na całość! Wołam jedną z uroczych kelnerek i uwieczniamy nasze pyszczki na wspólnej fotografii.



Kawiarenkę opuszczamy koło godziny trzeciej. Bardzo przyjazna atmosfera, miły personel, jedzenie (a przynajmniej desery i frytki) - naprawdę raj dla podniebienia. Obok osławionego Modern Toilet jest to stanowczo moja ulubiona restauracyjka tematyczna. A jest ich w Tajpej wiele: ninja, z motywem szpitalnym, samolotów~ Tyle miejsc do zobaczenia. Tak mało czasu.

Pozdrawiam,
Xin-Yan He

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Tajpej: DAISO Japan

Ostatni post poświęciłam takiemu magicznemu miejscu, jakim jest Ximen, do tego również i dzisiejsza notka będzie miała co nieco z tą dzielnicą wspólnego; traktować będzie bowiem o znajdującym się na samym jej początku japońskiemu department store o wdzięcznej nazwie DAISO Japan.

Ale cóż to w ogóle jest?

Jest to, moi mili, zwyczajny sklepik z rzeczami, które osobiście określam jako "kawaii stuffs". Możecie być w tym momencie nieco zaskoczeni, że na temat tegoż sklepu postanowiłam poświęcić osobny wpis, bo przecież jak to, Tajwan to ogólnie zakupowy raj, jaki jest cel opisywania jednego z wielu, wielu sklepów z jakimiśtam pierdółkami? Otóż Daiso charakteryzuje się nie tylko tym, że wszystkie przedmioty są pochodzenia japońskiego, a ich jakość stoi na wysokim poziomie, ale również tym, że są sprzedawane one po 39 dolarów, czyli~ niecałe 4 złote.

Co konkretnie można dostać za tę śmiesznie niską kwotę? Zaraz się przekonam.




Wejście do sklepu. DAISO Japan znajduje się w budynku Eslite116, bardzo łatwo tam trafić, jako że jest to  wielki gmach ulokowany dosłownie na samym początku alejki ciągnącej się przez całe Ximen.


Poniżej pierwsza rzecz, którą chcę omówić: kosmetyki. 



Żele do mycia twarzy i maski. Oczywiście wszystko w bajecznie różowym kolorze (fotografuję jedynie część oferowanego towaru; zrobienie zdjęć całemu sklepowi okazało się niemożliwe).




Kolejno od góry do dołu: szminki, pomadkami, błyszczyki (wszystkie o bajecznych kształtach, na przykład w opakowaniu w kształcie róży z kryształkiem) i innymi kosmetykami przeznaczonymi do ust, dalej smakowe szminki ochronne, ostatnie zdjęcie przedstawia eyebrow coat (albo, jak głosi napis w języku japońskim, aiburou kouto) - wodoodporny kosmetyk do brwi mający za zadanie jak najdłużej zachować świeżość ich makijażu (takie wynalazki tylko w Azji, lol), który to kupiłam dla przyjaciółki na jej prośbę. Przypominam - wszystko w magicznej cenie 39 dolarów.


To zdjęcie jest mało wyraźne, przepraszam~ Zalotki i przybory przeznaczone do pielęgnacji brwi.



A to jest, to jest~ po prostu coś piękego. Cały asortyment sztucznych rzęs. Kępki do rogu oka, drapieżne maxi rzęsy, rzęsy na dolną powiekę? Cokolwiek sobie zażyczysz. Oczywiście można też kupić klej i mega urocze pojemniczki na rzęski.

Niżej - różne kremy, żele, szampony:





No ale nie samymi kosmetykami człowiek żyje, a DAISO Japan ma do zaoferowania jeszcze wiele innych rzeczy, którym warto poświęcić nieco uwagi.

Tutaj są różne przybory i akcesoria do włosów; w tym gumeczki, spineczki, wypełniacze do koków, profesjonalne nożyce do cięcia włosów i inne pierdółki:







A tutaj:


Naklejki, pojemniczki, breloczki i ogólnie wszystkie możliwe gadżety z Hello Kitty (zdjęcie przykladowe; ponownie przepraszam za nieuchwycenie całości).


W Daiso jest caluteńki dział poświęcony przyborom toaletowym; przy czym nie są to jedynie mydełka i jakieśtam czepki na głowę, ale cała masa kjutaśnego sprzętu, wliczając to chociażby ręczniczki w postaci królikowej rękawicy.









Z ciekawości udaję się na dział kuchenny~

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy:


Czyli rzeczy dosyć normalne: jakieś gąbki, płyny i tego typu itemy, które poza tym, że są w pastelowych kolorach, nie wyróżniają się niczym szczególnym (no, może jeszcze ceną 30 dolarów). Ciekawiej robi się dopiero dalej.


Tutaj widzimy foremki na babeczki w ciekawych kształtach (serduszka, motylki), jak również formy do lodu i~ czekolady? To chyba do czekolady. Uroczo. 

Na dziale nie brakuje też klimatycznych miniaturowych patelni do smażenia jajek w róznych ksztaltach. Na poniższym zdjęciu główka żabki (model: znany Wam z postu o Jiufen tsunderyczny Eric Hu also known as: ~Who? taki tam suchar):


Jeszcze dalej znaleźć można słodkie pudełka śniadaniowe (mój faworyt to te w kształcie gigantycznej truskawki):


Jak są opakowania na drugie śniadanie, to muszą być i pałeczki! W tym momencie nie wytrzymałam i kupiłam sobie królikowy set pałeczki + łyżeczka + widelczyk. Powiem Wam w sekrecie, że z zestawu autentycznie korzystam, a że jest on przeznaczony dla dzieci (pałeczki na przykład są ekstremalnie krótkie, mają chyba z 12 cm długości), zawsze zbieram dziwne spojrzenia od Tajwańczyków, ilekroć coś jem~ No cóż.


Pozostałe przedmioty z działu kuchennego:















Przejdźmy dalej. Dosyć sporą areę sklepową zajmuje towar, który ja osobiście określam mianem "słodkiego shitu". Jest tu dosłownie wszystko: kubeczki, urocze breloczki, naklejki, ozdoby do paznokci, tote bags z zabawnymi tekstami po japońsku, magnesiki w kształcie kryształków, stationeries. Wszystko do bólu słodkie i kawaii. Na jednym ze zdjęć widać nawet korektory w kształcie różnych zwierzaczków.



















A skoro już o zwierzątkach mowa~ Oczywiście nie braknie również różnorodnych zabawek i gadżetów dla milusińskich:






Ostatni zakamarek sklepiku zajmują produkty spożywcze: wszystko made in Japan. Są to: ciastka, przyprawy, sosy, makarony. Niestety już poza magiczna ceną 39 dolarów, ale mimo to nadal stosunkowo tanie. Ja kupiłam sobie ciasteczka o smaku zielonej herbaty za 49 dolarów, czyli bagatela niecałe 5 zł (naprawdę smaczne).



Zdjęcia wykonywałam jak szalona, upewniając się, że nie pominęłam żadnego rogu czy zakamarka sklepu; czynności tej poddawałam się chyba z trochę przesadzonym entyzjazmem, jako że nie tylko kolega Eric przyglądał mi się dziwnie, ale również część personelu~ Trudno :) Cieszę się, że udało mi się napisać dokładną dość recenzję. DAISO Japan jest świetne i zachęcam wszystkich do odwiedzenia tej sieci sklepów.

Pozdrawiam,
Xin-yan He

PS Wiecie, do Polski wracam 4 lipca, ale nie oznacza to końca bloga - jestem bowiem w trakcie pisania, nie jednej, nie dwóch, nie trzech, a aż czterech dodatkowych notek. Najbliższa z nich składać się będzie głównie ze zdjęć i będzie kolejną recenzją - czego? Zapraszam do śledzenia bloga ;)