czwartek, 27 czerwca 2013

Bilety, wiza i rodzinne perypetie

Nimen zao! (Witam Was!)

Lato już się zaczęło, koniec szkoły, robimy remont w domu, kupiłam bilety do Tajpej~

Ostatnio mam tak, że leżę sobie w łóżku i rozmyślam o tym wszystkim, co mnie czeka. Zdaje się, że nie ma już odwrotu. Lot mam 16 sierpnia, na szczęście udało się uniknąć dwóch przesiadek i w razie opóźnienia zwiedzę sobie co najwyżej Frankfurt. Choć mam nadzieję, że drugi samolot nie odleci beze mnie i nie będę zmuszona czekać Bóg-wie-ile na lotnisku.

Jestem w trakcie starania się o wizę. Na początku było niezłe zamieszanie, bo próbowałam w sieci znaleźć kontakt do ambasady Tajwanu w Polsce i wtedy się okazało, że coś takiego nie istnieje. Wtedy z pomocą przyszedł tata i uspokoił mnie, że się wszystkim zajmie. Sam znalazł jakiś tam konsulat, gdzie poproszono go o moje Guarantee Form, School Agreement i Education Agreement (wiedzieliście, że oficjalna nazwa Tajwanu to Republic of China, w skrócie R.O.C?). Rzecz jasna wszystko zostało już wysłane i teraz czekam sobie, aż zaproponują mi datę interview. Przy okazji modlę się, aby nie kazali mi zaszczepić się na jakieś magiczne choroby roznoszone przez tamtejszych tubylców.

Baj de łej, jak dotąd wszelki kontakt podtrzymywali moi host rodzice, dlatego zdecydowałam się choć raz przejąć inicjatywę i lepiej ich poznać. Wyobraźcie sobie, że taki wstydziuch jak ja okazał się na tyle odważny, żeby zaprosić ich na skajpowską video rozmowę! No to ja z nimi ustaliła dokładną datę, napisała, że nie może się doczekać i czekała, czekała, czekała... Nadszedł termin! W milutkie, sobotnie południe udało nam się po raz pierwszy połączyć. No i tu zaczęły się schodki, bo o ile angielski pisany Huntera jest bardzo profesjonalny, o tyle w mowie nie jest już zbyt... biegły. To samo reszta wesołej rodzinki. W dodatku na początku walnęłam niezłą gafę, bo pomyliłam Reinę z Ashley i zaczęłam gadać o grze na pianinie. Dołóżcie do tego moje dukanie i przepis na niezłą komedię gotowy. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem rozmowa trwała całe 13 minut... Kurczę, to jeszcze bardziej motywuje mnie do nauki mandaryńskiego.

Do następnego!

PS Kupiłam już z dziewczynami przypinki - wzięłam całe 90 sztuk. Na szkoleniu powiedziano nam, co prawda, że 100 sztuk czasem nie wystarcza, ale nie tracę nadziei~

wtorek, 4 czerwca 2013

Pierwsza host rodzina i szkoła

Nin hao (Dzień dobry)

Dzisiejszy post będzie poświęcony szkole oraz pierwszej rodzinie, u której będę mieszkać. Nie ukrywam, że długo wyczekiwałam jakiejkolwiek informacji i kiedy w końcu przyszła do mnie wiadomość z samego Tajwanu, byłam przeszczęśliwa.

No ale do rzeczy.

Otrzymałam bardzo uprzejmego mejla od niejakich Huntera i Reiny, moich przyszłych host rodziców. Już same ich imiona mocno mnie zaskoczyły - nie brzmią ani trochę azjatycko~ No ale ale. Szybko się okazało, że w rzeczywistości nazywają się Ming-Yeh i Ying-Ling. Po prostu chińskie imiona i nazwiska są tak skomplikowane i trudne do zapamiętania (o pisowni nie wspominając), że ich posiadacze mają w zwyczaju przyjmować angielskie kryptonimy, co by choć trochę ułatwić sobie życie. No i w sumie sporo racji w tym jest, bo stanowczo o wiele łatwiej zapamiętać Hunter i Reina niż Ming-Yeh i Ying-Ling. Mama ma 48 lat, tata 50, ale nie przeszkadza im to o dziwo w biegłej znajomości języka angielskiego. Pracują w doradztwie biznesowym i usługach szkoleniowych.

Być może wydać by się to mogło głupie, ale bardzo się cieszę, że będę miała siostrę! Jestem jedynaczką i zawsze marzyłam o rodzeństwie, oczywiście całe życie prosiłam o nie rodziców, lecz za każdym razem słyszałam "już mamy jednego potwora, na razie nam wystarczy" :P Ashley ma 12 lat i uczy się gry na pianinie. Super, już będziemy miały o czym rozmawiać *chodziłam 6 lat do szkoły muzycznej* BTW, będę substytucją Claire, starszej siostry Ashley, która wyjeżdża na wymianę do Niemiec.

No to teraz pochwalę się fotkami.



Oto moja wesoła rodzinka. To tylko moje subiektywne zdanie, ale Reina naprawdę świetnie się trzyma jak na prawie 50 lat!


Mieszkanie znajduje się w samym sercu Tajpej - oto widok z zewnątrz. Całkiem ładnie.


Salon. Jak widzicie, niewiele się różni od naszych europejskich.


Moja sypialnia. Skromna, ale jak już kupię pamiątki i nowe ciuchy, to pewnie zabraknie miejsca hahaha.


To wszystko o rodzinie. Co do szkoły, jak wspomniałam w poprzednim poście, będę uczęszczać do Municipal Zhong-Zheng Senior High School w Tajpej. Jest to jedna z najlepszych szkół w kraju, chodzi do niej około 3000 uczniów i specjalizuje się w kształceniu w kierunkach artystycznych takich jak taniec, śpiew czy malarstwo. Lekcje zaczynają się o 7:30 (!) i kończą o 16:00 (!), do tego dochodzą zajęcia dodatkowe, przy czym każdego dnia uczniowie zostają jeszcze godzinę po lekcjach, żeby posprzątać w szkole (!!!). Jak w każdej chińskiej placówce, w Zhong-Zheng obowiązują mundurki szkolne (nie wiem, czy się cieszyć, czy bać~). Hunter i Reina twierdzą, że nauczyciele będą mi na początku dawać taryfę ulgową, bo nie znam języka itd. Najważniejsze jest to, żebym się zintegrowała z tubylcami i szybko załapała podstawy mandaryńskiego. Pomóc mi ma w tym tamtejszy dystrykt YEO, między innymi poprzez zafundowanie kursu tegoż języka. Oczywiście chińskiego mandaryńskiego zaczęłam już uczyć się na własną rękę. Chcę umieć chociaż się przywitać i zapytać o godzinę, jak tam pojadę.

Jako że jestem osobą spragnioną wiedzy, postanowiłam odwiedzić stronę szkoły:  http://www.ccsh.tp.edu.tw/front/bin/home.phtml Jak widzicie, jest ona w całości w języku chińskim i nawet Google Translator nie może sobie z nią poradzić. No trudno. Może za rok będę już w stanie przeczytać choć kawałek w języku oryginalnym.

Na szczęście Ketisha (Australijka, o której powiedziałam w pierwszym poście) była tak miła, że przesłała mi kilka zdjęć ze szkoły (siedzi w Tajpeju od roku, jest na wymianie dwuletniej). Myślę, że się nie obrazi, jeśli je tutaj wstawię.





No kurczę, ja już chcę tam być~ Jeśli nic się nie zmieni, to do wylotu zostało mi około 66 dni. Tak, oszalałam do tego stopnia, że odliczam dni~ Ale jak tak sobie czytam inne blogi, to chyba nie różnię się za bardzo w tej kwestii od reszty wymieńców.


Na razie kończę, do napisania wkrótce.
Zai jian! (Do zobaczenia!)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Ale o co tu właściwie chodzi?

Witam wszystkich!

Założyłam tego bloga, jako że w sierpniu zacznie się moja największa w życiu przygoda i naturalnie chciałabym się podzielić wszystkimi szczegółami, a także entuzjazmem, który od jakiegoś już czasu mnie wypełnia. Być może ktoś z Was, czytając moje posty, również zdecyduje się na ten szalony krok? Cóż, powiem tyle - na pewno warto!

Nigdy nie pomyślałabym, że kiedykolwiek pojadę na wymianę, jednak na początku roku szkolnego w moim liceum zaczęło być głośno o wyjazdach szkolnych do USA. Naturalnie jestem osobą uwielbiającą podróże, więc od razu zainteresowałam się tematem. W ten sposób dowiedziałam się o Klubie Rotary, ogólnoświatowej organizacji służebnej, która oferuje młodym ludziom naukowe wyjazdy do wszystkich zakątków świata. Spontanicznie złożyłam aplikację i co się okazało? Mój wniosek został zaakceptowany!

No dobra, przyznam, że nie jestem dobra w tych wszystkich formalnościach, dlatego darujmy już sobie resztę wstępu. Rzecz wygląda tak - nie zadeklarowałam się, do jakiego kraju chcę jechać, więc przydzielili mnie do Tajwanu. Jestem dzieckiem w czepku urodzonym, dlatego trafiła mi się stolica, no i jest zajebiście. Będę siedzieć z Chinolami i zajadać się ryżem *serce* Nie zrozumcie mnie źle, jestem wielką fanką Azji i sądzę, że lepiej trafić mi się nie mogło. 16-17 sierpnia wylatuję z Warszawy do Tajpej (z dwiema przesiadkami po drodze), gdzie spędzę najbliższy rok szkolny, ucząc się języka chińskiego (a konkretnie jego mandaryńskiej odmiany). Wiem już, do jakiej szkoły będę chodzić. Jest to Municipal Zhong-Zheng Senior High School, jedna z najlepszych szkół w kraju! Jest to naprawdę duże liceum, bo uczęszcza do niego aż 3000 uczniów. Muszę przyznać, że jestem ciekawa, jak to będzie wyglądać, całe życie chodziłam do małych prywatnych, kameralnych szkół, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.

Zdążyłam już nawet poznać drogą fejsbukową dwójkę innych wymieńców. To Ketisha, przemiła Australijka (będę chodzić z nią do klasy) oraz Ben, naprawdę spoko gość z USA, który niszczy dosłownie każdy stereotyp o przeciętnym Amerykaninie. Super, nie tylko nauczę się podstaw chińskiego, ale dzięki nim podszlifuję też angielski. Dla mnie bomba.

Piszę tego posta, będąc całkowicie podekscytowaną, więc wybaczcie mi, proszę, mój chaotyczny styl. Chciałabym opowiedzieć od razu o wszystkim, a że trochę tego jest, nie wydaje mi się, żeby moje umiejętności pisarskie były na tyle dobre, abym była w stanie wypocić długi, uporządkowany tekst zawierający wszystkie istotne informacje, które chciałabym Wam przekazać. Na chwilę obecną jeszcze do mnie samej nie dotarł fakt, że wyjeżdżam na wymianę, to wszystko wydaje się takie odległe~ Pozostaje mi tylko powoli przyzwyczajać się do myśli, że niedługo zostawię za sobą to, co do tej pory znałam. Przyznam, że trochę mnie to przeraża.

Na razie żegnam się z Wami, wkrótce napiszę ponownie.
Całuski.